lifestyle
My point of view

Do you speak…? – języki obce, to jak to z nimi jest?

Chęci to podstawa. W zasadzie wszystkiego! Mówi się, że dobrymi chęciami piekło wybrukowali, ale nie zawsze to przysłowie jest adekwatne do sytuacji. Dzisiaj pogadamy sobie o językach obcych.

Języki.

Osobiście języków obcych uczę się od 6 roku życia, czyli od 15 lat (właśnie uświadomiłam sobie, że jestem stara). Przez moją edukację cały czas przewija się angielski tak jak u większości uczniów i studentów. W końcu to najbardziej uniwersalny język świata.

W podstawówce złapałam bakcyla i zajawkę na język francuski. Głównie było to spowodowane wyjazdem do Francji. Niestety, gdy skończyły się wyjazdy, skończyła się również nauka.

W gimnazjum zmuszali nas do języka niemieckiego. Zmuszali to chyba nawet w miarę adekwatne określenie, ponieważ nie dało się z tego w żaden sposób wymiksować, nie dano nam żadnej innej alternatywy, no i trzeba było uczyć się, chociaż na tego dopa, żeby zdać.

W liceum nastała ta cudowna zmiana i możliwość wyboru drugiego języka obcego. Moja szkoła oferowała rosyjski, niemiecki i norweski. Niestety norweski można było dobrać jedynie jako trzeci język obcy, a to było już za dużo przy i tak mocno przeładowanym programie (pierwszy rocznik nowej podstawy programowej). Wybrałam rosyjski. Zresztą jak większość. Przy 36-osobowej klasie tylko 7 osób poszło na niemiecki. Szybko załapałam podstawy rosyjskiego. O wiele szybciej niż sądziłam. Niestety po pierwszej klasie zmieniono nam nauczyciela, mniej wymagał, nas ciśnięto z przedmiotów rozszerzonych i najzwyczajniej w świecie nie było czasu na jakieś konkretniejsze działania w tym kierunku. Teraz żałuję, ponieważ język bardzo mi się podobał. Natomiast znienawidziłam lekcje języka angielskiego. Byłam chora, gdy miałam na nie iść. Nie odpowiadał mi tryb, sposób a tym bardziej podejście do nas. Szkołę średnią skończyłam kilka lat temu, a uraz pozostał. A szkoda, ponieważ na wcześniejszych etapach edukacji bardzo lubiłam angielski.

Schodzimy coraz niżej.

Po 2 latach przerwy, od języków obcych, ulotnieniu się z głowy wielu słówek, konstrukcji i zasad przyszedł czas na angielski na studiach. Moje pierwsze zajęcia były po prostu żenujące. To jest najbardziej odpowiednie określenie, jakie można znaleźć na to, co się tam dzieje. Wybrałam zajęcia na takim poziomie (A2), a nie innym, ponieważ odpowiadały mi godzinowo, gdyż studiuję na dwóch kierunkach i dzięki temu nie koliduje mi z innymi zajęciami. Narzucono nam podręczniki, które są na poziomie mojego młodszego o 6 lat brata. Jednocześnie usilni zaniża się ten poziom jeszcze bardziej.
Obecnie robię zadania do przodu w domu, ponieważ patrząc na to, jak te zajęcia są prowadzone, nie chcę, aby wykładowca zaskoczył mnie czymś jeszcze niż swoją wymową. Nawet nie mamy ochoty się na nich odzywać. Siedzimy tam, bo musimy, bo jest sprawdzana obecność. Inaczej nikogo by tam nie było.

Skąd taki poziom?

Dlaczego zajęcia językowe w naszym systemie edukacji są tak beznadziejne? To proste, jesteśmy uczeni podręcznikowego angielskiego, który w dużym stopniu wychodzi z użycia. Przez ludzi, którzy znają tylko taki angielski, ponieważ takiego zostali nauczeni. To jest tak zwany BBC language. Gdy jedziemy do państwa anglojęzycznych, to od razu widać skąd jesteśmy. Nawet parę razy usłyszała „You are frome Poland! You speak like people from TV News!”. Niestety taka jest prawda, bardzo często zastanawiamy się, silimy na poprawną gramatykę, przez co unikamy mówienia w obcym języku ze strachu, że powiemy coś źle. Podręcznikowy angielski w szkole jest średnio przydatny w windzie pełnej erasmusów, gdy po prostu chcesz przejść, żeby wysiąść, na swoim piętrzy, a oni tarasują ci przejście.

Kluczem do sukcesu jest przełamać ten strach. Mów tak jak podpowiada ci intuicja, najwyżej ktoś cię poprawi. Nikt cię za to nie zabije. Podstawa to mówienie. Najlepiej uczyć się angielskiego z muzyki i filmów. Zamiast szukać lektora, to włączcie sobie film z napisami i starajcie się słuchać, a nie czytać. Po pewnym czasie nie będą potrzebne wam napisy, bo nauczycie się wyciągać z kontekstu, jeśli nie będziecie czegoś znali. Poza tym, co to za problem zatrzymać film i sprawdzić sobie w słowniku albo gdzieś zapisać to słówko.

W te wakacje rozmawiałam w pracy z kilkoma amerykanami, którzy przylecieli w delegację do polskiej filii ich firmy. Powiedzieli mi wprost, że ludzie, którzy od urodzenia mówią w języku angielskim, sami bardzo często nie znają własnej gramatyki tak szczegółowo, jak obcokrajowcy i w rezultacie używają trzech lub czterech czasów. Każdy się rozumie i nie stresuje pierdołami. Odpowiedzmy sobie szczerze, czy potrafilibyśmy nauczyć obcokrajowca gramatyki języka polskiego bez żadnego przygotowania? My sami jej nie znamy. Sama, jeszcze do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w naszym języku są czasowniki nieregularne.

Samozaparcie!

Jakie rozwiązanie polecam? Polecam to przede wszystkim tym osobom, które dopiero zaczynają przygodę z językami obcymi. Mówić, mówić i jeszcze raz mówić. Zapiszcie się na kurs językowy u native speakera. To jest najlepszy sposób. Oczywiście podstawy gramatyki trzeba znać. Istnieje milion dobrych książek skupiających kompendium wiedzy gramatycznej.

W liceum chodziłam na dodatkowy angielski ze względu na przygotowania do matury. Nauczycielka poleciła mi książkę English Grammar in Use autorstwa Raymonda Murphy’ego. Jest kilka poziomów zaawansowania i kilka wydań. Książka jest świetna. Jest w niej teoria i praktyka oraz fuzje różnych czasów jednocześnie.

Kurs.

Jakiś czas temu zapisałam się na kurs języka angielskiego online. Dla mnie to super sprawa, ponieważ nie mam tyle czasu, żeby jeździć gdzieś na zajęcia. Często podróżuje pociągami i mogę się uczyć na tablecie czy laptopie w drodze. Kurs trwa 6 miesięcy i kończy się certyfikatem. Akurat trafiłam na promocje na B1. Nawet na dobre mi to wyjdzie, ponieważ będę mogła przypomnieć sobie dużo słówek i zagadnień. Niestety, gdy czegoś nie używasz, to zapominasz. Bardzo polecam takie kursy, ponieważ nie masz presji i nikt nie stoi nad tobą. Robisz i uczysz się, wtedy gdy masz na to czas i ochotę, a nie gdy musisz.​

Fantastyczne są również apki na telefon z fiszkami. Można jechać pociągiem czy autobusem i po prostu się uczyć. To znacznie fajniejszy sposób spędzania czasu w komunikacji publicznej niż błądzenie wzrokiem po suficie. Są aplikacje, w których można dodawać własne słówka, ewentualnie macie pełną bazę danych, gdy kursy oferują aplikacje na telefon. Niestety mój kurs tego nie oferuje, ale to po prostu kwestia systemu w telefonie. Zdziwiłam się, że nie ma wersji na iPhone.
Oczywiście również klasyczne rozwiązania takie jak fiszki papierowe też są super ale niestety za profesjonalne fiszki płacimy czasami horrendalne sumy. Polecam je po prostu sobie wydrukować. Na internecie na pewno można gdzieś pobrać np. na chomiku gotowce w PDF. Wystarczy wydrukować i pociąć 🙂

Spotkałam się również z rozklejaniem karteczek ze słówkami po całym domu, ale to sprawdza się głównie, gdy chodzi o wyposażenie wnętrz.

Jeśli macie inne pomysły dajcie znać w komentarzu 🙂

Dodaj komentarz